Satyam Nadeen swoje kredo zatytułował:

WIELKI KOSMICZNY ŻART i chyba zawarł

w nim istotę nauk Maharaja z Bombaju.

          

Myślisz, że powinieneś stać się oświeconym.

Daruj sobie, już nim jesteś.

Myślisz, że musisz podążać jakąś ścieżką, żeby dotrzeć  do celu...  Nie męcz się, nie ma żadnych ścieżek.

Myślisz, że oświecenie jest celem.

Odpuść sobie, nie ma żadnego celu...

Myślisz, że powinieneś zmienić siebie i świat, żeby uczynić go bardziej znośnym.  Wyluzuj, nie masz niczegodo zrobienia...

   Myślisz, że znajdziesz Boga w Indiach czy  Tybecie... Nie ma dokąd zmierzać...

Świadomość jest wszędzie, i taka sama.

 

   Myślisz, że twoja osobista historia ma jakieś

znaczenie... Wszystkie są takie same,niezależnie

od tego jak przebiegały.

 

  Myślisz,że twoja historia jest prawdziwa...

W żadnej mierze, to tylko sen...

 

  Myślisz, że panujesz nad swoim życiem...

Żart, jesteś tylko marionetką w rękach Źródła.

 

  Myślisz, że masz wolną wolę i dokonujesz

wyborów... Nic z tego, jest tylko przeznaczenie,

stopniowo odsłaniające swoje oblicze.

 

   Myślisz, że masz jakiś wrogów w świecie...

  Mylisz się, oni, jak i wszystko inne,  to tylko

Źródło.

 

  Myślisz, że jest jakaś tajemna formuła

pozwalająca znaleźć Boga...Zrelaksuj się,

nie musisz nikogo szukać,już jesteś u siebie.

 

  Myślisz, że Bóg życzy sobie podniesienia

poziomu świadomości na planecie.

Dobre sobie, to tylko Źródło bawi się w gra-

nicach stworzonych przez siebie ograniczeń.

 

  Myślisz,że Bóg uczynił ciebie odpowiedzialnym

za twoje postępki...

Nie zawracaj sobie tym głowy, nie ma czegoś 

takiego jak karma.

 

  Zabawiasz się osądami,radujesz ocenami,

lubujesz w porównaniach.

Zamęczasz preferencjami.Zatrzymaj się wreszcie,

wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno.                                                                

  Chcesz być kimś ważnym i szanowanym.

Daj spokój, po prostu bądź.

 

 Boisz się śmierci jako najbardziej tragicznego

wydarzenia twego życia.Odwagi, śmierć jest

końcem ograniczeń...

  

Masz nadzieję na lepsze życie następnym

razem... Jaźń nie inkarnuje.Jest tylko Źródło,

Ja Jestem.

 

   Żałujesz przeszłości, zamartwiasz się

teraźniejszością, lękasz się przyszłości...

Przebudź się! Jesteś  nieskończonym Źródłem,

bawiącym się swoim snem.

 

   Podniecają cię wszelkie spiskowe teorie.

Nie ma żadnego spisku, to tylko Źródło

bawi się ze sobą.

  

Myślisz, że twoje życie ma jakiś cel...

Nie ma indywidualnego Ja mającego cel.

Jest tylko Źródło.Ono cię powołało i nigdy nie

poznasz celu przez swój, siłą rzeczy,

ograniczony umysł.

 

    A tak mawiał mędrzec z Bombaju:

    Ostateczną odpowiedzią jest:

NIE MA NICZEGO. TO TYLKO ŻART.

 

C.Castaneda

Umysł Latawca

Cytowaliśmy już Carlosa Castanedę pisząc o Czterech wrogach wojownika. Dziś fragment z „Aktywnej strony nieskończoności” o Umyśle Latawca albo inaczej Umyśle Drapieżnika.

* * *

– Kontroluje cię obecnie cała masa sił zewnętrznych – orzekł. – Kontrola, o której myślę, leży poza sferą języka. To kontrola, a jednocześnie jej brak. Nie można jej w żaden sposób zaklasyfikować, ale bez wątpienia można doświadczyć. I przede wszystkim, z całą pewnością można nią manipulować. Zapamiętaj to sobie: możesz nią manipulować i maksymalnie wyzyskiwać z korzyścią dla siebie, która, rzecz jasna, nie jest korzyścią twoją, lecz ciała energetycznego. Jednakże ciało energetyczne to ty, moglibyśmy więc ganiać tak w kółko jak pies za własnym ogonem, starając się to wszystko opisać. Język nie jest adekwatny. Wszystkie te doświadczenia wykraczają poza reguły składni języka.

Ciemność zapadła bardzo szybko i liście drzew, które jeszcze przed chwilą emanowały zieloną poświatą, były teraz bardzo ciemne i ciężkie. Don Juan powiedział, że jeśli będę się pilnie skupiał na ciemności liści, nie koncentrując wzroku na niczym konkretnym, lecz spoglądając niejako kątem oka, dostrzegę ulotny cień w moim polu widzenia.

– To odpowiednia pora dnia na zrobienie tego, o co cię proszę – rzekł. – Skupienie koniecznej uwagi zabierze ci tylko chwilkę. Nie przestawaj, aż dostrzeżesz ten ulotny, czarny cień.

Rzeczywiście, dostrzegłem jakiś dziwny, ulotny, czarny cień na tle liści drzew. Był to albo jeden cień, poruszający się w przód i w tył, albo kilka, przesuwających się z lewa na prawo albo z prawa na lewo lub prosto w górę. Jawiły mi się one jako grube czarne ryby, ogromne ryby. Wyglądało to tak, jak gdyby w powietrzu latały gigantyczne mieczniki. Widok ten pochłonął mnie całkowicie. W końcu zacząłem się go bać. Zrobiło się za ciemno i nie widziałem już liści, ale ciągle widziałem te ulotne, czarne cienie.

– Co to jest, don Juanie? – zapytałem. – Wszędzie dokoła dostrzegam ulotne, czarne cienie.

– Ach, to właśnie dziki wszechświat – odrzekł. – Niemierzalny, nieliniowy, wykraczający poza sferę języka. Czarownicy starożytnego Meksyku byli pierwszymi, którzy te ulotne cienie ujrzeli, więc zaczęli za nimi podążać. Widzieli je tak, jak ty je teraz widzisz, i widzieli je jako energię w jej ruchu we wszechświecie. I faktycznie udało im się odkryć coś transcendentalnego.

Przestał mówić i spojrzał na mnie. Jego pauzy były zawsze doskonale zaplanowane. Przestawał mówić wówczas, gdy umierałem z ciekawości.

– Co takiego odkryli, don Juanie? – zapytałem.

– Odkryli, że mamy towarzysza na całe życie – powiedział tak dobitnie, jak tylko potrafił. – Drapieżcę, który przybył z otchłani kosmosu i zawładnął naszym życiem. Ludzie są jego więźniami. Ten drapieżca jest naszym panem i władcą. Zrobił z nas potulne, bezradne baranki. Jeżeli chcemy się zbuntować, bunt zostaje zdławiony. Jeżeli chcemy działać niezależnie, rozkazuje nam, byśmy tego nie robili.

[…]

– Tylko dzięki samodzielnym staraniom dotarłeś do czegoś, co szamani starożytnego Meksyku nazywali kwestią nad kwestiami – rzekł don Juan. – Tym razem cały czas owijałem rzeczy w bawełnę, sugerując ci, że jesteśmy przez coś więzieni. I rzeczywiście, coś nas więzi! Dla czarowników starożytnego Meksyku był to fakt energetyczny.

– Dlaczego ten drapieżca zawładnął nami w sposób, o jakim mi mówiłeś, don Juanie? – zapytałem. – Musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie.

– Jest wytłumaczenie – odparł don Juan – i to najprostsze na świecie. Zawładnęli nami, ponieważ jesteśmy ich pożywieniem, i uciskają nas bezlitośnie, ponieważ utrzymujemy ich przy życiu. My hodujemy kurczęta na kurzych fermach, gallineros, drapieżcy zaś hodują nas na ludzkich fermach, humaneros. Dlatego zawsze mają co jeść.

Poczułem, że gwałtownie kręcę głową na boki. Nie potrafiłem wyrazić swego głębokiego zaniepokojenia i niezadowolenia, ale moje ciało zaczęło się poruszać, by dać upust tym uczuciom. Trząsłem się cały, od włosów na głowie po czubki palców stóp, zupełnie bezwolnie.

– Nie, nie, nie, nie – usłyszałem swój głos. – To absurd, don Juanie. To, co mówisz, jest potworne. To po prostu nie może być prawda, ani dla czarowników, ani dla przeciętnych ludzi, ani dla nikogo.

– Dlaczego nie? – zapytał chłodno don Juan. – Dlaczego nie? Bo cię to doprowadza do szału?

– Tak, doprowadza mnie to do szału – odparłem sucho. – Twoje sugestie są potworne!

– No cóż – powiedział – nie wysłuchałeś jeszcze wszystkich moich sugestii. Poczekaj chwilkę i potem oceń, co na ten temat sądzić. Zaraz dostaniesz się w prawdziwą nawałnicę. To znaczy, że twój umysł zostanie wystawiony na zmasowany atak, a ty nie będziesz mógł się poddać i sobie pójść, bo jesteś w pułapce. Nie dlatego, że cię uwięziłem, ale dlatego, że coś ukryte głęboko w tobie nie pozwoli ci odejść, choć jakaś część ciebie po prostu wpadnie w szał. Tak więc, przygotuj się!

Czułem, że mam w sobie coś z masochisty. Don Juan miał rację. Nie wyszedłbym z jego domu za nic na świecie. Mimo to jednak ani trochę mi się nie podobały brednie, które wygadywał.

– Chcę przemówić do twojego analitycznego umysłu – rzekł don Juan. – Zastanów się przez chwilę, a potem mi powiedz, jak byś wytłumaczył sprzeczność pomiędzy inteligencją człowieka-inżyniera i głupotą jego przekonań albo głupotą jego pełnego sprzeczności zachowania. Czarownicy są przekonani, że to drapieżcy dali nam przekonania, nasze pojęcia dobra i zła, nasze prawa społeczne. To oni stworzyli nasze nadzieje i oczekiwania, sny o powodzeniu i myśli o porażce. Dali nam pożądanie, chciwość i tchórzostwo. To przez drapieżców jesteśmy tak zadowoleni z siebie, schematyczni i egoistyczni.

– Ale jak można tego dokonać, don Juanie? – zapytałem, jakby bardziej jeszcze rozeźlony tym, co mówi. – Szepcą nam to wszystko do ucha, kiedy śpimy?

– Nie, nie robią tego w ten sposób. To idiotyczny pomysł! – odparł z uśmiechem. – Są nieskończenie skuteczniejsi i bardziej zorganizowani, niż ci się zdaje. Aby zapewnić sobie naszego posłuszeństwo, uległość i słabość, drapieżcy wykonali fantastyczne posunięcie – fantastyczne, oczywiście, z punktu widzenia strategii wojennej, a przerażające z punktu widzenia tych, przeciwko którym zostało skierowane. Oddali nam swój umysł! Słyszysz, co mówię? Drapieżcy oddają nam swój umysł, który staje się naszym umysłem. Umysł drapieżców jest barokowy, pełen sprzeczności, posępny, przepełniony obawą przed zdemaskowaniem, które może nastąpić lada chwila.

Wiem, że choć nigdy nie cierpiałeś głodu – ciągnął – odczuwasz niepokój związany z jedzeniem, który nie jest niczym innym, jak niepokojem drapieżcy, że w każdej chwili jego posunięcie zostanie odkryte i zabraknie mu pożywienia. Poprzez umysł, który w końcu jest ich umysłem, drapieżcy wtłaczają w życie ludzi wszystko, co im pasuje. W ten sposób zapewniają sobie pewne bezpieczeństwo, które niczym bufor neutralizuje nieco ich strach.

– To nie o to chodzi, don Juanie, że nie mogę przyjąć tego ot tak – powiedziałem. – Mógłbym to zrobić, ale jest w tym coś tak ohydnego, że mnie po prostu odrzuca. Zmusza mnie do zajęcia w tej sprawie stanowiska oponenta. Jeżeli to prawda, że nas zjadają, jak to się odbywa?

Na twarzy don Juana malował się szeroki uśmiech. Był zadowolony jak wszyscy diabli. Wyjaśnił mi, że czarownicy widzą niemowlęta jako dziwne, świetliste kule energii, pokryte od samej góry do samego dołu czymś w rodzaju lśniącej otoczki, przypominającej plastykową pokrywę, ciasno dopasowaną do ich kokonu energii. Powiedział, że to właśnie ta lśniąca otoczka świadomości stanowi pożywienie drapieżców i że do czasu osiągnięcia przez człowieka dorosłości pozostaje z niej jedynie wąski strzęp, który biegnie od podłoża do czubków palców u stóp. Strzęp ten pozwala ludzkości zaledwie na przeżycie, ale nic ponadto.

Zupełnie jak we śnie słyszałem, jak don Juan Matus wyjaśnia mi, że o ile mu wiadomo, człowiek jest jedynym gatunkiem istot, u którego lśniąca otoczka świadomości leży poza tym świetlistym kokonem. Dlatego też jest łatwą zdobyczą dla świadomości innego rzędu, takiej jak ciężka świadomość drapieżcy.

Następnie powiedział coś, co zdruzgotało mnie doszczętnie. Stwierdził, że ów wąski strzęp świadomości stanowi samo centrum autorefleksji, w której człowiek nieuleczalnie się pogrążył. Grając na naszej autorefleksji, która jest jedynym ocalałym punktem świadomości, drapieżcy tworzą rozbłyski świadomości, które następnie bezwzględnie pożerają. Podsuwają nam idiotyczne problemy, które wymuszają powstanie tych rozbłysków świadomości, i w ten sposób utrzymują nas przy życiu, żeby później móc się odżywiać owymi energetycznymi rozbłyskami powstałymi dzięki naszym niby-problemom.

Musiało być coś w tym, co mówił don Juan; byłem w tym momencie tak zdruzgotany, że najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się niedobrze.

Po chwili, wystarczająco długiej, bym zdążył dojść do siebie, zapytałem go:

– Ale dlaczego czarownicy starożytnego Meksyku i współcześni czarownicy nic z tym nie robią, choć widzą drapieżców?

– Ani ty, ani ja nic nie możemy z tym zrobić – odrzekł don Juan poważnym, smutnym głosem. – Jedyne, co nam pozostaje, to poddać się dyscyplinie, dzięki której w końcu nie będą mogli nas tknąć. Jak chcesz wymagać od innych, by wzięli na siebie taki trud? Wyśmieją cię i wyszydzą, a co bardziej agresywni dadzą ci taki wpierdol, że popamiętasz. I zasadniczo nie dlatego, żeby nie chcieli ci wierzyć. Głęboko w każdym człowieku tkwi atawistyczna, intuicyjna świadomość istnienia drapieżców.

Mój analityczny umysł podnosił się i opadał niczym jo-jo. Puszczał mnie i wracał, puszczał i znowu wracał. Twierdzenia don Juana były po prostu niedorzeczne, niewiarygodne, a jednocześnie tak niezwykle sensowne i proste. Tłumaczyły każdą sprzeczność ludzkiego zachowania, która tylko przyszła mi na myśl. Ale jakżeż można było traktować to wszystko poważnie? Don Juan wpychał mnie pod lawinę, która mogła pochłonąć mnie na zawsze.

Uderzyła we mnie kolejna fala poczucia zagrożenia. Choć nie ja byłem jego źródłem, było ono jednak ze mną związane. Don Juan coś ze mną robił, coś niejawnie dobrego i potwornie złego zarazem. Odczuwałem to jako próbę przecięcia cienkiej warstewki czegoś, czym byłem jakby oklejony. Jego oczy wpatrywały się we mnie nieruchomo. Odwrócił wzrok i zaczął mówić, nie patrząc już w moją stronę.

– Jeżeli tylko kiedyś zaczną cię niebezpiecznie trapić jakieś wątpliwości – powiedział – zareaguj pragmatycznie. Wyłącz światło. Przeniknij ciemność; przekonaj się, co dostrzegasz.

Wstał, żeby wyłączyć światło. Powstrzymałem go.

– Nie, nie, don Juanie – odezwałem się – nie wyłączaj światła. Wszystko w porządku.

Czułem w tamtej chwili bardzo niezwyczajny jak na mnie strach przed ciemnością. Na samą myśl o niej zaczynałem ciężko dyszeć. Nie miałem wątpliwości, że intuicyjnie coś sobie uświadamiam, ale nie śmiałem tego dotknąć ani w pełni sobie uzmysłowić, za żadne skarby tego świata!

– Dostrzegłeś ulotne cienie na tle drzew – powiedział don Juan, siadając z powrotem na swoim krześle. – To bardzo dobrze. Chciałbym, żebyś zobaczył je w tym pokoju. Nie będziesz niczego widział. Będziesz zaledwie wychwytywał ulotne obrazy. Na to masz dość energii.

Obawiałem się, że don Juan i tak wstanie i zgasi światło; tak też zrobił. Dwie sekundy później darłem się na całe gardło. Nie dość, że faktycznie kątem oka dostrzegłem owe ulotne obrazy, to jeszcze usłyszałem, jak brzęczą mi koło ucha. Don Juan skręcał się ze śmiechu, włączywszy na powrót lampę.

– Ależ ten gość ma temperament! – orzekł. – Z jednej strony totalny sceptyk, a z drugiej totalny pragmatyk. Będziesz musiał sobie zaaranżować tę wewnętrzną walkę. Inaczej napuchniesz jak wielka ropucha i w końcu strzelisz. Coraz głębiej wbijał mi szpilę.

– Czarownicy starożytnego Meksyku – powiedział – widzieli drapieżcę. Nazwali go latawcem, bo skacze w powietrzu. Nie jest to urzekający widok. To wielki cień, mroczny i nieprzenikniony, czarny cień, który w podskokach przemieszcza się w powietrzu. Potem ląduje płasko na ziemi. Czarowników starożytnego Meksyku niezwykle nurtowało pytanie, kiedy pojawił się on na Ziemi. Rozumowali tak, że człowiek w pewnym okresie musiał być istotą doskonałą, obdarzoną fenomenalnym wglądem, zdolnym do takich wyczynów percepcji, że dziś są one przedmiotem legend. A potem wszystko jakby zniknęło i oto mamy obecnie człowieka uśpionego.

Chciałem się rozgniewać, nazwać go paranoikiem, ale gdzieś zniknęło to poczucie prawa do słusznego gniewu, które zawsze miałem. Coś we mnie wyrosło ponad poziom, na którym zawsze zadawałem sobie ulubione pytanie: “A co, jeśli wszystko to, co mówi, jest prawdą?” Wtedy, tamtej nocy, kiedy ze mną rozmawiał, w głębi mego serca czułem, że wszystko, co mówi, jest prawdą; jednocześnie jednak równie silne było przekonanie, że wszystko, co mówi, to czysty absurd.

– Co ty opowiadasz, don Juanie? – zapytałem słabo. Gardło miałem ściśnięte. Z trudem oddychałem.

– Opowiadam, że naszym przeciwnikiem nie jest zwykły drapieżca. Jest bardzo przemyślny i zorganizowany. Metodycznie przestrzega planu, który czyni z nas istoty bezużyteczne. Człowiek, istota magiczna, nie jest już magiczny. Jest zwykłym kawałkiem mięsa. Człowiekowi nie pozostały już żadne marzenia oprócz marzeń zwierzęcia hodowanego dla mięsa: marzeń wyświechtanych, konwencjonalnych i kretyńskich.

Słowa don Juana wywoływały we mnie dziwną fizyczną reakcję, podobną do mdłości. Czułem się znów tak, jakbym miał za chwilę zwymiotować. Ale źródłem nudności były najgłębsze pokłady mojej istoty, sam szpik kości. Zacząłem konwulsyjnie drżeć. Don Juan potrząsnął mnie mocno za ramiona. Poczułem, jak szyja mi się trzęsie pod wpływem jego uścisku. Uspokoiłem się od razu. Odzyskałem nieco kontroli nad sobą.

– Ten drapieżca – powiedział don Juan – który jest, rzecz jasna, istotą nieorganiczną, nie jest dla nas tak całkowicie niewidzialny jak inne istoty nieorganiczne. Myślę, że jako dzieci go widzimy; jest to dla nas jednak tak przerażający widok, że nawet nic chcemy o tym myśleć. Dzieci, rzecz jasna, czasem się upierają i chcą zwrócić na niego baczniejszą uwagę, lecz wszyscy dokoła zniechęcają je do tego.

Jedyną alternatywą dla ludzkości – ciągnął – jest dyscyplina. Dyscyplina to jedyny środek zaradczy. Ale gdy mówię o dyscyplinie, nie chodzi mi o jakieś ascetyczne praktyki. Nie chodzi mi o to, żeby wstawać o piątej trzydzieści każdego ranka i polewać się zimną wodą aż do zsinienia. Poprzez dyscyplinę czarownicy rozumieją umiejętność niewzruszonego stawiania czoła przeciwnościom losu, których nie braliśmy pod uwagę w naszych oczekiwaniach. Dla nich dyscyplina jest sztuką: sztuką stawiania czoła nieskończoności bez mrugnięcia okiem i to nie dlatego, że są oni silni i twardzi, lecz dlatego, że przepełnia ich nabożna cześć.

– W jaki sposób dyscyplina czarowników może być środkiem zaradczym? – zapytałem.

– Czarownicy powiadają, że dyscyplina sprawia, iż lśniąca otoczka świadomości staje się dla latawca niesmaczna – odparł don Juan, bacznie wpatrując się w moją twarz, jakby szukał w niej jakichś oznak niedowierzania. – Efekt jest taki, że drapieżcy są zdezorientowani. Lśniąca otoczka świadomości, która jest niejadalna, nie mieści się, jak sądzę, w ich systemie poznawczym. Zdezorientowani, nie mają innego wyjścia, jak tylko odstąpić od swych nikczemnych zamiarów.

Jeżeli drapieżcy nie będą przez jakiś czas zjadać naszej lśniącej otoczki świadomości – ciągnął – ta będzie dalej rosnąć. Upraszczając tę kwestię maksymalnie, mogę powiedzieć tak, że czarownicy, dzięki zachowywaniu dyscypliny, odpychają drapieżców wystarczająco długo, by ich lśniąca otoczka świadomości rozrosła się powyżej poziomu palców stóp. Kiedy już przekroczy ten poziom, urasta z powrotem do pierwotnych rozmiarów. Czarownicy starożytnego Meksyku mawiali, że lśniąca otoczka świadomości jest jak drzewo. Jeżeli go nie przycinać, rozrasta się do naturalnych rozmiarów i osiąga naturalną gęstość. Gdy świadomość osiąga poziomy ponad poziomem palców stóp, jej fenomenalne wyczyny stają się oczywistością.

Wspaniała sztuczka dawnych czarowników – ciągnął don Juan – polegała na obciążeniu umysłu latawca dyscypliną. Stwierdzili oni, że jeśli narzucić umysłowi latawca wewnętrzną ciszę, wówczas obca instalacja się rozprasza; daje to każdemu, kto wykonuje ten manewr, absolutną pewność zewnętrznego pochodzenia umysłu. Obca instalacja powraca, tego możesz być pewien, ale już nie tak silna, i tak oto rozpoczyna się proces, w którym rozpraszanie umyslu latawca staje się zabiegiem rutynowym; proces ten trwa tak długo, aż pewnego dnia umysł latawca rozprasza się na dobre. Smutny to dzień, doprawdy! Od tego dnia będziesz musiał się opierać na własnej inwencji, która jest bliska zeru. Nie będzie już nikogo, kto by ci powiedział, co masz robić. Nie będzie już żadnego zewnętrznego umysłu, który mógłby ci dyktować kretyństwa, do których zostałeś przyzwyczajony.

Mój nauczyciel, nagual Julian, zawsze przestrzegał wszystkich swoich uczniów – kontynuował don Juan – że jest to najcięższy dzień w życiu czarownika, ponieważ prawdziwy umysł – ten, który należy do nas, łączna suma wszystkiego, czego doświadczyliśmy – po trwającym całe życie poddaństwie, jest nieśmiały, niepewny i nie można na nim polegać. Osobiście powiedziałbym, że dla czarownika prawdziwa bitwa rozpoczyna się dopiero w tym momencie. Cała reszta to tylko przygotowania.

Byłem naprawdę głęboko poruszony. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej, a z drugiej strony coś dziwnego gdzieś w głębi mnie głośno się domagało, bym się nie odzywał, podsuwając mi myśl o mrocznym finale całej sprawy i karze – czymś w rodzaju boskiego gniewu, który mnie dosięgnie za grzebanie przy czymś, co sam Bóg okrył tajemnicą. Musiałem się zdobyć na ogromny wysiłek, żeby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść mojej ciekawości.

– Co… co… co znaczy – usłyszałem własne słowa – obciążanie umysłu latawca?

– Dyscyplina niesamowicie obciąża obcy umysł – odrzekł. – Tak więc, dzięki niej czarownicy przełamuj ą obcą instalację.

Jego słowa mnie przygniotły. Byłem przekonany, że albo don Juan kwalifikuje się do zakładu zamkniętego, albo mówi mi coś tak potwornie niesamowitego, że to we mnie wszystko zamiera. Zauważyłem jednak, jak szybko wykrzesałem z siebie dość energii, by sprzeciwić się wszystkiemu, co powiedział. Po chwili paniki zacząłem się śmiać, zupełnie jakby don Juan opowiedział jakiś dowcip. Usłyszałem nawet, jak mówię:

– Don Juanie, don Juanie, jesteś niepoprawny!

Rozumiał chyba wszystko, co się we mnie działo. Kiwał głową na boki i wznosił oczy w górę w geście udawanej rozpaczy.

– Jestem tak niepoprawny – powiedział – że zaraz zafunduję umysłowi latawca, który w sobie nosisz, jeszcze jeden wstrząs. Wyjawię ci jeden z najbardziej niesamowitych sekretów magii. Opiszę ci odkrycie, którego weryfikacja i uporządkowanie zajęła czarownikom tysiące lat.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się złowrogo.

– Umysł latawca rozprasza się na zawsze – powiedział – kiedy czarownikowi uda się pochwycić wibrującą siłę, która utrzymuje w jednej całości skupisko naszych pól energii. Jeżeli utrzymają w tym uchwycie dostatecznie długo, umysł latawca zostaje pokonany i się rozprasza. I to właśnie zaraz zrobisz: uchwycisz się energii, która utrzymuje nas w jednej całości.

Zareagowałem na to w tak niewytłumaczalny sposób, że aż trudno to sobie wyobrazić. Coś we mnie zadrżało, zupełnie jakby pod wpływem silnego wstrząsu. Ogarnął mnie niezrozumiały strach, który natychmiast skojarzyłem z moim religijnym wychowaniem.

Don Juan zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów.

– Boisz się gniewu boskiego, co? – odezwał się. – Bądź spokojny, to nie twój strach. To strach latawca, bo on wie, że zrobisz dokładnie to, co ci każę.

Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły. Poczułem się jeszcze gorzej. Ogarnęły mnie mimowolne, konwulsyjne drgawki i nie było żadnego sposobu, by je opanować.

– Nie martw się – powiedział spokojnie don Juan. – Wiem z doświadczenia, że te ataki bardzo szybko tracą na sile. Umysłu latawca nie stać nawet na odrobinę koncentracji.

Po chwili wszystko ustało, tak jak przepowiedział don Juan. Słowo “oszołomiony” w odniesieniu do mojego stanu w tamtym momencie byłoby eufemizmem. Po raz pierwszy w życiu, z don Juanem czy bez, naprawdę nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Chciałem wstać z krzesła i przejść się, ale paraliżował mnie śmiertelny strach. Byłem wypełniony racjonalnymi sądami, a jednocześnie przepełniał mnie infantylny strach. Zacząłem głęboko oddychać, a całe moje ciało pokrył zimny pot. W jakiś sposób moje oczy otwarły się na potworny widok: gdziekolwiek się obróciłem, skakały czarne, ulotne cienie.

Przymknąłem powieki i oparłem głowę na oparciu krzesła.

– Nie wiem, dokąd teraz pójść, don Juanie – odezwałem się. – Dzisiaj naprawdę ci się udało zupełnie poplątać moje ścieżki.

– Rozdziera cię wewnętrzna walka – powiedział don Juan. – Głęboko w środku wiesz, że nie jesteś w stanie odrzucić przyzwolenia na to, by nieodłączna część ciebie, twoja lśniąca otoczka świadomości, stała się w niepojęty sposób źródłem pożywienia dla istot o niepojętej dla nas naturze. A inna część ciebie będzie się temu przeciwstawiać całą swoją mocą.

Przewrót czarowników – ciągnął – polega na tym, że odmówili oni honorowania umów, w których nie byli stroną. Nikt mnie nigdy nie pytał o to, czy nie zgodziłbym się zostać pożarty przez istoty o odmiennym rodzaju świadomości. Moi rodzice po prostu wprowadzili mnie na ten świat po to tylko, bym został czyimś pożywieniem, tak samo jak i oni – koniec, kropka.

[…]

Po powrocie do domu, z biegiem czasu, idea latawców stała się jedną z największych obsesji mojego życia. Doszedłem do takiego punktu, że czułem, iż don Juan miał w tej materii absolutną rację. Bez względu na to, jak bardzo się starałem, nie udawało mi się podważyć jego logiki. Im więcej o tym myślałem, im więcej rozmawiałem z samym sobą i innymi ludźmi, im więcej samego siebie i innych obserwowałem, tym silniejsze było moje przekonanie, że coś czyni z nas istoty niezdolne do jakiegokolwiek działania, jakiejkolwiek relacji i jakiejkolwiek myśli, która nie ogniskowałaby się na ,ja”. Moje troski, podobnie jak troski każdego, kogo znałem lub z kim rozmawiałem, koncentrowały się właśnie na tym. Ponieważ nie umiałem znaleźć wytłumaczenia tak uniwersalnej homogeniczności, byłem przekonany, że tok rozumowania don Juana jest najbardziej odpowiednim sposobem objaśnienia tego fenomenu.

Poświęciłem się głębszej analizie literatury dotyczącej mitów i legend. Uświadomiłem sobie wówczas coś, czego nigdy wcześniej nie odczuwałem: każda z przeczytanych przeze mnie książek była interpretacją mitów i legend. Przez każdą z nich przemawiał ten sam, homogeniczny umysł. Style były odmienne, lecz ukryty pod warstwą słów zamiar jednakowy: pomimo tego, że temat pracy dotyczył czegoś tak abstrakcyjnego jak mity i legendy, autorowi zawsze udało się zawrzeć w niej jakieś opinie o sobie. Celem każdej z tych książek nie było omówienie rzeczonego tematu; była nim autoreklama. Nigdy wcześniej sobie tego nie uświadamiałem.

Przypisywałem moją reakcję wpływowi don Juana. Pytanie, które sobie stawiałem, brzmiało tak: czy to on wpływa na mnie tak, że coś takiego dostrzegam, czy też rzeczywiście istnieje jakiś obcy umysł, który dyktuje wszelkie nasze poczynania? Siłą rzeczy odruchowo znów popadłem w negację, i niczym wariat zacząłem po kolei przechodzić od negacji do akceptacji i tak w kółko. Coś we mnie wiedziało, że bez względu na to, do czego pije don Juan, jest to fakt energetyczny; jednak inny wewnętrzny głos mówił, że to wszystko brednie. Wynikiem tych wewnętrznych zmagań były bardzo złe przeczucia, wrażenie, że zawisło nade mną wielkie niebezpieczeństwo.

Przeprowadziłem szeroko zakrojone badania, poszukując śladów koncepcji latawców w innych kulturach, ale nigdzie nie udało mi się znaleźć żadnej wzmianki na ten temat. Wyglądało na to, że don Juan jest jedynym źródłem informacji w tej materii. Kiedy zobaczyłem się z nim następnym razem, natychmiast przeszedłem do tematu.

– Robiłem, co mogłem, by podejść do tego zagadnienia racjonalnie – powiedziałem – ale nie mogę. Są takie chwile, kiedy absolutnie się z tobą zgadzam w kwestii drapieżców.

– Skup swoją uwagę na ulotnych cieniach, które obecnie widzisz – odrzekł don Juan z uśmiechem.

Powiedziałem mu, że owe ulotne cienie staną się końcem mojego racjonalnego życia. Widziałem je wszędzie. Od czasu gdy wyszedłem wówczas z jego domu, nie byłem w stanie zasnąć po ciemku. Spanie przy włączonym świetle w ogóle mi nie przeszkadzało. Jednak z chwilą gdy je gasiłem, wszystko dokoła mnie zaczynało skakać. Nigdy nie dostrzegałem kompletnych postaci ani kształtów. Widziałem jedynie ulotne, czarne cienie.

– Umysł latawca jeszcze cię nie puścił – rzekł don Juan. – Został ciężko ranny. Robi wszystko, by zreorganizować swoją relację z tobą. Ale coś w tobie zostało na zawsze przerwane. Latawiec o tym wie. Prawdziwe niebezpieczeństwo leży w tym, że umysł latawca może zwyciężyć, doprowadzając cię do wyczerpania i zmuszając do zarzucenia dalszej walki, jeśli dobrze rozegra kartę sprzeczności pomiędzy tym, co on ci mówi, i tym, co ja ci mówię.

Bo widzisz, umysł latawca nie ma konkurencji – ciągnął dalej don Juan. – Kiedy coś orzeka, zgadza się z własnym zdaniem i każe ci wierzyć, że zrobiłeś coś wartościowego. Umysł latawca powie ci, że to, co ci mówi Juan Matus, to wierutne bzdury, po czym ten sam umysł zgodzi się ze swym własnym stwierdzeniem. A ty powiesz: “Tak, oczywiście, że to bzdury”. W taki właśnie sposób zostajemy pokonani.

Latawce są niezbędnym elementem wszechświata – ciągnął – i należy je traktować tak, jak na to zasługują – jako istoty potworne i budzące grozę. Dzięki nim wszechświat wystawia nas na próbę.

Jesteśmy energetycznymi sondami, stworzonymi przez wszechświat – mówił dalej, jak gdyby nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności – a ponieważ posiadamy energię obdarzoną świadomością, jesteśmy środkiem, dzięki któremu wszechświat staje się świadom samego siebie. Latawce to nieprzebłagani rywale. Tylko tak można ich postrzegać. Jeśli nam się uda, wszechświat pozwoli nam trwać dalej.

 

[…]

 

 

W czytelni zapraszam was do lektury którą wyjątkowo polecam min.fragmenty wykładów Yogi Bhajana ,Don Conreaux ,artykuły ze strony www Tomka Czartoryskiego (patrz dział -linki ) oraz wielu ciekawych pereł dotyczących Jogi Dźwięku.oraz rozwoju duchowego.

Korzystająj z ogromnej skarbnicy  wiedzy o dźwięku jaką jest daleki wschód

nie zapominajmy iż kultura zachodu także ma ogromny wkład w temat oddziaływania dźwięku Od wielu lat wykładana jest na zachodzie kampanologia -nauka o wpływie i dziłaniu kurantów ( dzwonów,dzwonków ,gongów itp. instrumentów ) , a także to ,że największymi propagatorami terapi dźwiękiem są ludzie zachodu .

 

 

YOGI BHAJAN

Natura Dźwięku

„Każdy element wszechświata znajduje się
w nieustannym stanie wibracji przejawiającej się nam jako światło, dźwięk i energia. Zmysły ludzkie postrzegają jedynie ułamek tego nieskończonego pasma wibracji, tak więc trudno jest pojąć, iż Słowo wspominane w Biblii jest w rzeczywistości całością wibracji leżącej u podstaw wszelkiego stworzenia i wspierającej je. Poprzez użycie mantry można nastroić swoją świadomość na zdawanie sobie sprawy z tej całkowitości. Poprzez wibrowanie w rytmie oddechu pewnego szczególnego dźwięku, który pozostaje w proporcji z tamtym twórczym dźwiękiem, albo strumieniem dźwięku, można rozszerzyć swą wrażliwość na całe pasmo wibracji. Jest to podobne do wydobywania tonu
z instrumentu strunowego. Innymi słowy, gdy wibrujecie, wszechświat wibruje z wami.”

-YOGI BHAJAN

 

ŻYJEMY W MORZU ENERGII. ENERGIA WIBRUJE. Wszystko co stworzone i przejawione wibruje. Nawet pozornie stałe, nieożywione obiekty nieustannie wibrują, po prostu drgając na wolniejszych czy też niższych częstotliwościach niż obiekty ożywione. Niektóre wibracje są słyszalne; dźwięki możemy słyszeć naszymi uszami. Myśli są bezgłośnymi dźwiękami, drganiami elektromagnetycznymi. Im wyższa częstotliwość, tym mniej gęsta, bardziej eteryczna jakość wibracji jaką słyszymy i wypowiadamy, i tym bardziej podnoszona jest nasza własna częstotliwość wibracji. Podnoszenie naszej własnej wibracji przybliża nas do doświadczenia i stopienia się
z najwyższą z wszystkich wibracji– Bogiem – pierwotną kreatywnością wszechświata.

 

Cały wszechświat został zbudowany na dźwięku, na wibracji. By wyrazić to poetycko: Bóg przemówił, a słowo zaistniało. A dokładniej, Bóg wywołał wibrację, i pojawił się cały wszechświat i światy, układy słoneczne, oceany, ląd, i niebo, oraz miriady istot je zamieszkujących. Istnieje pewna wibracyjna częstotliwość korespondująca z wszystkim we wszechświecie. Wibrując pewne szczególne połączenia dźwięków, dostrajacie się do różnych poziomów inteligencji albo świadomości. Sytuacje, ludzie
i zdarzenia odpowiadają na sygnały, które wysyłacie. Częstotliwość wibracyjna mantry przyciąga do was to, co wibrujecie.

 

 

Śpiewy Mantr

Śpiewy mantr, czy to bezgłośnie czy na głos, są świadomą metodą kontrolowania i nakierowywania umysłu. Szczęśliwość, smutek, radość i żal są wibracyjnymi częstotliwościami umysłu. Czy są to postawy czy przekonania, fundamentalnie rzecz biorąc są to wibracyjne częstotliwości fal myślowych. Determinują one rodzaj programu odgrywanego przez nasz umysł. Scenariusz, jaki wybieramy, staje się naszą wibracją, określa jak się czujemy i co wysyłamy w kierunku innych. W dowolnym czasie możemy korzystać z naszego prawa wyboru.

Tworzymy każdym wypowiadanym słowem a nawet każdym słowem, które pojawia się w naszych myślach. Gdy śpiewamy jakąś mantrę, wybieramy przywoływanie pozytywnej mocy zawartej

w danych poszczególnych sylabach. Czy jest ona nastawiona na pomyślność, na spokój umysłu, zwiększenie intuicji czy cokolwiek innego z mnogości możliwych korzyści wrodzonych mantrom, przez po prostu śpiewanie jej wprawiamy w ruch wibracje, które będą odnosić skutek. Nie ma w rzeczywistości znaczenia, czy rozumiemy znaczenie tych dźwięków, czy nie.

(Z Kundalini Joga: Przepływ Wiecznej Mocy, aut. Shakti Parwha Kaur Khalsa)

 

 

Nauka o Naad Jodze  -  Dlaczego Śpiewy Działają

Naad jest procesem harmonii, poprzez którą może być doświadczone aad, Nieskończone. Naad jest podstawowym dźwiękiem dla wszystkich języków we wszystkich czasach. Ten dźwięk pochodzi z jednego wspólnego źródła albo strumienia dźwięku. Jest to uniwersalny kod kryjący się za językiem, a zatem i za ludzkim komunikowaniem się. Nauka o Naad Jodze ma tysiąc lat. Zajmuje się ona ruchem języka w ustach, językiem i zmianami chemicznymi w mózgu. Nie ma połączeń nerwowych pomiędzy poszczególnymi sekcjami mózgu– nie ma tam żadnych przewodów. Jest raczej płyn neurotransmisyjny. Z różnych części mózgu wydzielane są różne płyny chemiczne. Wiadomości z każdej części mózgu przekazywane są poprzez te płyny, które zwane są naad namodam rasaa. Naad odnosi się do komunikowania harmonii, namodan oznacza adresowanie, a rasaa znaczy sok.

Możemy zmieniać świadomość zmieniając skład chemiczny płynu mózgowego. Stan umysłu, osobowość i siła do projekcji z naszej autentycznej jaźni związane są z użyciem naszego słowa.

„Jeśli wasze słowa mają w sobie moc Nieskończoności i są pełne cnót oraz jeśli cenicie je, to jesteście najwięksi z wielkich. Jeśli nie cenicie swoich słów, jesteście bezwartościowi. Wasze własne słowo jest wartością was jako istoty ludzkiej. Wasze słowo jest waszą wartością.”

-YOGI BHAJAN, Nauki Yogi Bhajana

 

 

DŹWIĘK JAKO NAUCZYCIEL

„Szabd” znaczy dźwięk. „Guru” znaczy nauczyciel który was przekształca. Najprostszym znaczeniem Szabd Guru jest pewien specjalny dźwięk, który jest nauczycielem. Lecz czym jest to, czego uczymy się od Szabd Guru i w jaki sposób użycie dźwięku działa tak jak nauczyciel?

Popatrzcie na głębszą definicję Szabd Guru ze struktury jego korzenia językowego. „Szabd” pochodzi od Sza- i –bd. „Sza” oznacza ekspresję ego, przywiązania, z którymi się utożsamiamy. „Bd” oznacza odciąć lub wymazać. Zatem znaczeniem korzenia Sza-bd jest to, co odcina ego. To nie jest po prostu jakiś dowolny dźwięk. To nie jest po prostu dźwięk mądrości czy pieśń prawdy. Jest to dźwięk, który wycina ego zasłaniające przed wami prawdę.

 

 

Technologia Kwantowa Shabd Guru

GURU NANAK, PIERWSZY GURU SIKHÓW, dostrzegał wszędzie ból ludzi. Doświadczył ogromnego strumienia informacji płynącej ze świadomości całego kosmosu. Ustanowił doskonale wzorce Szabd Guru, które przez rytm, dźwięk, koncentrację oraz oddech zarządzają mózgiem i umysłem. Te wzorce Szabd są dziedzictwem, którego trzeba używać jako środka przeciw chorobom obecnych czasów i dzielić się nim z wszystkimi. Technologia Szabd Guru jest dla każdego, gdyż w każdej istocie ludzkiej znajduje się Światło tego samego Stwórcy.

Naad Esencja wszelkiego dźwięku. Jest to wibracyjna harmonia, poprzez którą doświadczone może zostać to, co Nieskończone.

Naad Joga Nauka o Naad oparta jest na doświadczaniu tego,
w jaki sposób wibracje dźwięku oddziałują na ciało, umysł
i ducha poprzez ruch, języka, ust oraz zmiany w substancjach chemicznych w mózgu.

Szabd jest strumieniem dźwięku albo wibracją rozpuszczającą ego, przesłaniające prawdę oraz uniemożliwiające nam postrzeganie i działanie z naszej autentycznej Jaźni.

Shabd Guru Technologia kwantowa dźwięku, która bezpośrednio zmienia naszą świadomość poprzez moc Naad. Szabd Guru jest uznawane za ten szczególny strumień dźwięku, który jest Nauczycielem, gdyż usuwa ograniczenia
i zniekształcenia ego.


Łączność w wibracji

Jesteśmy istotami muzycznymi od tak dawna , jak długa jest historia ludzkości. Muzyka ustanawia łączność w wibracji, jest wibrującym środkiem komunikacji rozumianym przez wszystkich ludzi. Jaj przesłania przenikają czas, rasy i kultury. Jesteśmy istotami muzycznymi, gdyż u podstaw naszego wszechświata leży muzyka - gotowa do służenia nam i inspirowania swoją wibracją. Otaczające nas pole energetyczne, czyli nasza aura, jest wypełnione dźwiękami.Jak odkrył to i opisał w patencie zaakceptowanym przez CNRS (Narodowe Centrum Badan Naukowych w Paryżu) Joel Sternheimer, każda z cząstek atomowych (elektron, lambda, sigma itp.) charakteryzuje się wyjątkową częstotliwością odwrotnie proporcjonalna do jej masy atomowej. Oznacza to , że jako istoty składające się z owych elementarnych, „muzycznych” cząsteczek, złożeni jesteśmy z częstotliwości muzycznych. W ten sposób dźwięki i muzyka stanowią witalną część naszego życia.Jesteśmy muzyką aż po najmniejsze cząsteczki. Jesteśmy muzyką w jądrach naszych DNA, w naszej strukturze molekularnej. Istota naszego pochodzenia spoczywa w naszej melodycznej świadomości. Rezonans odzwierciedlający boski wzór, archetyp, umożliwia nam stanie się czymś więcej niż tylko osobowością i istotą biologiczną. Tak więc każdy z nas zbudowany jest ze swojego własnego dźwięku podstawowego. Dzięki swemu działaniu harmonizującemu i regeneracyjnemu na poziomie komórkowym, dźwięk podstawowy może w bardzo istotny sposób pomoc ciału fizycznemu. Będąc kodem dostępu pamięci, dźwięk ten ma także głęboki wpływ na ciała subtelne. Najgłębsza pamięć - nieosiągalna dla świadomości - pochodzi z pól morfogenetycznych. Pola te obejmują ciała subtelne, w których zapisany został „program” życia każdej jednostki. Praktykowanie śpiewania dźwięku podstawowego nie tylko więc wprowadza harmonię w komórkach fizycznych, lecz może także doprowadzić do powtórnego zainicjowania łączności pomiędzy ciałem fizycznym i otaczającą je energią, pomiędzy materią i duchem. Owo powiązanie fizycznego poziomu komórkowego z energiami subtelnymi zawierającymi pamięć z zakresu „programu” życia pomaga odzyskać kontakt ze wszystkimi wymiarami istnienia - od pamięci przodków po przyszłe cele.

 

Nauką dotyczącą rzeczywistości jest znalezienie dźwięku

i rozbrzmiewanie w tym dźwięku. Wtedy dusza przejawi wyśmienitość  Bóg zamieszka w was.

 

Holistyczne uzdrawianie gongiem

 

Kiedy nastaje szczęście, następuje prawdziwe uzdrowienie.

Podstawowym znaczeniem słowa „uzdrawiać” jest czynić „kompletnym/zupełnym”. Zupełność oznacza „Istnienie w pełni rezonansu”. Lekarz holistyczny działa z założenia , że tylko pacjent może uzdrowić sam siebie, niezależnie od tego czy pacjentem będzie człowiek czy sama Ziemia. Ponieważ źródłem wszelkiej materii i nie materii są drgania, wyrażające się w tym co nazywamy „dźwiękiem”, zatem nie trudno przewidzieć, że kolejne stulecie we wszystkich dziedzinach życia ( niezależnie od tego czy będzie to postęp w nauce czy rozwój duchowy), będzie koncentrować się wokół „dźwięku”.

Uzdrawianie dźwiękiem w XXI wieku, ukazuje się obecnie naszym oczom z całą swą siłą. Codziennie słyszymy o zmianach w nauce i metodach uzdrawiania, prowadzących w kierunku nieograniczonego potencjału dźwięku. Historycznie, gongu używano do odpędzania strachu przed śmiercią, zwiększenia mocy intuicji człowieka i odmładzania komórek ciała. Starożytni mistycy uważali , że poprzez pierwotne brzmienie gongu można przekazywać ludziom uniwersalna energię życiową.

 

”Rezonans dźwięku jest sam w sobie muzyką planet, ciał niebieskich kosmosu. Każda planeta, księżyc i gwiazda jest emanowaniem gongu, świętego dźwięku AUM w swojej różności wibracyjnych form”

                                           Don Conreaux

 

Gong wytwarza najsilniej rezonujące dźwięki, spośród znanych instrumentów. Kiedy wibruje, muzyczne pogłosy można odczuć w każdej komórce ciała. Wytwarza on przetaczające się długie fale, powoli wybrzmiewających dźwięków zwanych - „holistycznymi”, które zagęszczają otaczające powietrze, nakładając się na siebie. Na skutek tego tworzą pełnię kompletnego brzmienia. Końcowym efektem jest, obejmujące wszystko, pole dźwiękowe nazywane „otoczką dźwiękową” (które zostaje całkowicie wypełnione rezonansem).

Termin - „holizm”, można zastosować do dowolnego instrumentu muzycznego, który wydając tony podstawowe i harmoniczne, drga każdą cząsteczką swej istoty. Ten rodzaj źródła dźwięku jest w terminologii muzycznej nazywany - Idiofonem. Jako istoty ludzkie w pełni zdrowia, także jesteśmy Idiofonami tak jak całkowicie rezonujący gong. Zdrowe i holistyczne dźwięki naszego ciała, emocji, umysłu i ducha, podejmują wspólny wysiłek by zapewnić nam szczęśliwe i obfite życie. Kiedy wchodzimy w rezonans absolutny, zauważamy nie tylko, że komórki reprodukcyjne ciała funkcjonują optymalnie, lecz także, że nasz - „mózg jako całość” - pracuje w całkowitym rezonansie z mocą intuicji i odczuwamy szczęście wewnętrznego spokoju.

 

Terapia gongiem to metoda odzyskiwania radości i wibracji ciała, a także podejmowanie ścieżki rozwoju duchowego poprzez odczuwanie tonów gongu. Czas człowieka na poziomie rozwoju płodu wypełniony jest specyficznego rodzaju medytacją dźwięku jaki powstaje w wewnętrznej membranie którą jest ciało matki. Ten głęboki dźwięk jest porównywalny z dźwiękiem gongu ( idiofonu ) gdyż oba przynoszą swoistą formę ukojenia. Podczas sesji człowiek odczuwając wibrację gongu podświadomie przypomina sobie te błogie i bezpieczne miesiące, które niegdyś spędził w łonie matki. Terapia gongiem poprzez masaż na poziomie fizycznym i psychicznym prowadzi do uduchowienia i wewnętrznego oświecenia.Gong promieniuje mantrą NAM YO HO RENIE KYO ,która wykorzystywana jest do spełniania marzeń

Nidra Joga

Gongi ,misy, didgeridoo,śruti są nieodzownymi elementami Nidra Jogi -,,jogi snu"- sztuki relaksacji.Gong jest najpotężniejszym atrybutem używanym w tej jodze ze względu na to ,iż jest jedynym instrumentem przed ,którym nie ma żadnej ochrony zarówno na poziomie psychiki jak i ciała fizycznego,dlatego używamy go tak często w kundalinijodze z doskonałymi efektami nawet w tzw .,, przypadkach beznadziejnych"dotyczących niemożliwości relaksu ,głebokiego relaksu czy też snu jogicznego .

 

Gong prowadzi nas do wewnątrz i wypełnia słowa znanej mantry/pieśni , Jestem kroplą –uczyń mnie oceanem !

 

 

Proroctwo gongu

 

 

Około 600r. p.n.e. żyjący w Indiach Siddartha Gautama Budda wysłał swych kapłanów w głąb Orientu i Dalekiego Wschodu z poleceniem, by wyryli oni na powierzchni każdego Gongu i każdego Dzwonu dwa słowa w mandaryńskim języku chińskim, brzmiące - „Tai Loi”. Pochodziły one z drugiej połowy czterowiersza autorstwa Konfucjusza ( współczesnego Gautamie „Fao Kay”). Niewykorzystaną część utworu można przetłumaczyć jako: „Źli odeszli”, „Tai Loi” oznacza zaś : „Dobrzy przyszli”. Wykorzystując dwa chińskie znaki Tai i Loi, Gautama obwieścił Powrót Szczęścia na Ziemie, Uduchowienie Materii oraz bliskie przyjście kolejnego Buddy po zakończeniu XX wieku.

 

 

 

 

 

 

Tym razem Budda, którego zapowiedziano będzie używał imienia Maitreya, które badacze interpretują zarówno jako „Kochająca Życzliwość”, jak i „Muzyczny Rezonans”. Wpływ Maitreyi na dzisiejszy świat obiecuje pełne zjednoczenie różnorodnych , odmiennych składników ludzkości w Społeczności Globalnej. Ta rezonacyjna jedność, osiągnięta zostanie dzięki ponownemu przypływowi kosmicznej wibracji duchowej OM, Wspaniałego dźwięku Życia wydawanego przez Gong, a jej efektem będzie powszechna Komunikacja Telepatyczna.

 

 

 

 

W Grecji niemal równocześnie, wielki filozof - Pitagoras, badał wpływ częstotliwości dźwięków muzyki - na zdrowie ludzi. To właśnie on , położył podwaliny pod naukę o muzyce, opartą o naturalny, rosnący ciąg harmoniczny. Ciąg ten jest stałą uniwersalną dla podstawowych promieni dźwiękowych, na których leżą częstotliwości nut, ponieważ przebiega on po spirali w górę i do wewnątrz, ze świata grubej materii w subtelne światy duchowe.Co znaczące - na nasze czasy przypada także powrót boga Majów Quetzacoalta w roku 2012 n.e. (na zakończenie kalendarza Majów).

 

 

 

Wyobraża go deta, neptuniczna muszla oceaniczna - Święta Koncha lub Trąbka Quetzacoalta. Jest ona odzwierciedleniem ucha, krtani, żeńskiego naczynia, jak również rogu obfitości

 

 

 

 




statystyka